niedziela, 15 kwietnia 2012

.Rozdział 1.

*Oczami Abbie*

Moje życie już od samego początku nie było usłane różami. W sumie aż do dzisiaj takie nie jest. Moja historia jest nieco inna. Niektóre dzieci są rodzone przez kochające je matki i wychowywane w dobrobycie, inne dzieci to zwykłe wpadki nierozważnych nastolatek. Za to ja pewnego wrześniowego wieczoru zostałam podrzucona w koszyku pod dom pewnej kobiety, zwanej do dzisiaj moją mamą. W sumie to sama o sobie niewiele wiem. Nie wiem skąd naprawdę pochodzę, kto jest moją biologiczną matką, czy też jak wygląda mój ojciec. Daty urodzin ani nazwiska też nie znam. Zaszczyt miałam jedynie poznać moje imię, które było wypisane na pogniecionej kartce leżącej obok mnie w wiklinianym koszyku tamtego dnia. To dość smutne, że jedyną pamiątką po mojej prawdziwej rodzinie jest wygnieciona kartka z napisem - "Ma na imię Abbie". Ale przestałam się już nad sobą użalać, chociaż może wydać się żałosne, że każdego dnia przytulam do serca świstek papieru, tak jakby to była maskotka. Te wszystkie myśli w momencie przebrnęły przez moją głowę, zostawiając po sobie ślad w postaci jednej łzy spływającej po moim poliku, którą z resztą momentalnie otarłam udając, że nigdy ona ze mnie nie wypłynęła. Zamknęłam małą szkatułkę z moim jedynym skarbem i energicznie wstałam rozglądając się po pokoju. Pudełko odłożyłam na dość honorowe miejsce na półce przy biurku. Naprzeciwko mnie stało długie lustro ukazujące całą moją sylwetkę. Odgarnęłam niesforny blond kosmyk włosów, który właśnie opadł na moje jaskrawo-błękitne oczy i spojrzałam w swoje odbicie. Ujrzałam szczupłą dziewczynę z jasną karnacją, ubraną w kwiatowy sweter i legginsy. Kiedy podeszłam trochę bliżej do lustra zauważyłam małe piegi otaczające mój mały nos. Przeczesałam palcami włosy i uśmiechnęłam się ukazując idealnie proste zęby. Często dokonywałam analiz swojego ciała, które wydawało mi się czasami tak niedoskonałe, że popadałam w stany załamania i bezsensownej euforii, ale po pewnym czasie przemawiałam sama do siebie jakie to bez sensu. Życie mnie nie oszczędzało, ale nauczyłam się przez to, że nie należy gnić w smutku i rozpaczy, tylko pieprzyć całe nieuniknione zło znajdujące się wokół siebie. Dość dobrze mi było ze samą sobą. Większość moich ubrań była rodem ze sklepów z odzieżą używaną, ale nieco przerobiona przez moją artystyczną duszę. Nienawidziłam mieć na sobie tego, co mógłby mieć każdy. Zawsze coś przywiązałam do swojej odzieży, przycięłam, albo pochlapałam farbą. Czasami wyróżniałam się z szarej rzeczywistości, ale nie czyniło mnie to kimś popularnym. W skrócie mówiąc jestem w miarę pewna swojej osobowości, ale nie lubię mówić o swojej przeszłości, z której nie jestem w pełni dumna.
- Abbie ! - krzyczała moja "mama" z sąsiedniego pokoju dość głośno, jakby nie wiedziała, że nasz dom nie jest na tyle duży żebym nie usłyszała jej w jakimkolwiek zakątku tego budynku
- Tak... Mamo ? - to słowo czasami nie mogło przejść mi przez gardło, chociaż i tak bardzo kochałam tą kobietę, która wychowała mnie z taką troską
- Kurczak gotowy - powiedziała o ton ciszej opierając się o futrynę mojego wejścia do pokoju
- Chyba kpisz - prychnęłam cicho pod nosem spoglądając od góry na swoje ciało - Jak długo mam powtarzać, że nie przyczyniam się do cierpienia innych istot, dlatego też nie jadam mięsa ? - wywróciłam oczami opierając swoją rękę na biodrze
- Kochanie... Chudniesz w oczach... - Melanie [ bo tak zwała się moja mama ] zaczęła nerwowo pocierać ręce w oczekiwaniu na moją reakcję na te słowa
Wiedziała, że nie lubię, kiedy mówi się o moim ciele. Ogólnie nie lubiłam tematu, którym byłam ja.
- Zjem sałatkę - uśmiechnęłam się i wyminęłam mamę kierując się w stronę kuchni
Melanie tylko westchnęła bezradnie i oparła się ponownie o futrynę. Nie miałam szczególnej ochoty niczego jeść, zwłaszcza tej sałatki. Nie jestem anorektyczką, ani nie przeszłam na żadną dietę, tylko po prostu jestem rzadko głodna. Ubrałam buty i obwiązałam moją głowę zwiewną chustą. Byłam gotowa do wyjścia. Nie szykowało się żadne spotkanie, bo takich luksusów w moim życiu było niewiele. Chciałam się po prostu przejść i pobyć sam na sam z moimi myślami. Pewnym i dość zgrabnym krokiem przemieszczałam się po chodniku w zaskakująco szybkim jak na mnie tempie. Moja głowa w chwili obecnej była pusta i niezaprzątnięta żadną myślą. W pewnym momencie spuściłam głowę w celu spoglądnięcia na moje buty, co było skutkiem natknięcia się na jakiegoś przechodnia w postaci niezdarnego uderzenia o niego ciałem.
- Ja prze... - od dołu do góry zmierzyłam chłopaka wzrokiem, a kiedy zatrzymałam się przy jego oczach poznałam kim on jest - ...praszam. O cześć... - w tym momencie usiłowałam się uśmiechnąć, ale chyba ukazałam na ustach niezbyt przyjazny grymas
Spojrzałam najpierw na chłopaka, a później na dziewczynę, którą trzymał za rękę. Patrzyła na mnie z kpiącym uśmiechem i politowaniem w oczach, co najwyraźniej mnie nieco speszyło. Tak. To był Louis. Louis Tomlinson. Chłopak, którego plemniki wędrują po organizmach już wielu atrakcyjnych dziewczyn. Chłopak za którym kiedyś szalałam i szczerzę mówiąc, szaleję do dziś. Chłopak, który jak żaden inny namieszał mi w głowie jak i w życiu. Sama zaprzeczałam wszystkim tym myślom, ale tak było. Już dawno zakończyłam związek z nim, oraz jakiekolwiek nadzieje na szczęście u jego boku, ale "to coś" w nim nadal mnie przyciągało. Dość długo nie pojawiał się w moim życiu. Może gdyby tak zostało by było lepiej. Ale oczywiście los musi zrobić swoje... Po spotkaniu z nim bałam się, że wrócę do poprzedniego życia. Może czasami wydawać się, że jestem łagodną i optymistyczną osobą, ale zawsze należy pamiętać o "drugiej stronie medlau".
- Cześć Abbie - uśmiechnął się i to dość szczerze, co znacznie mnie zbiło z tropu co ogólnie mam myśleć - To jest Cindy - Wskazał na zgrabną dziewczynę z perfekcyjnym makijażem, która najwidoczniej nie była szczęśliwa z powodu przypadkowego spotkania
Nie wiedziałam co z siebie wydukać, więc powiedziałam zwyczajne :
- Dawno się nie widzieliśmy
- Tak, bardzo dawno. Kiedyś musisz mnie odwiedzić, poznam z tobą pewne osoby - zabawnie poruszył brwiami, ale naszej konwersacji nie pozwoliła dokończyć niejaka Cindy, która zaczęła ciągnąć Lou w stronę parku i wygłaszać mu kazanie na temat wierności w związku - Masz mój numer ! - krzyknął jeszcze z oddali
- Tak... - szepnęłam cicho do siebie i postanowiłam skierować się ponownie w stronę domu


_______________________________________

No to tak krótko, czy też nie, ale chociaż jest. Rozdział podoba mi się tak... w miarę. Żadnych rewelacji. Nie mam pojęcia czy mam jakikolwiek talent pisarski i czy ogólnie nadaję się do tej roboty, ale szczerze mówiąc nie bardzo mam co robić wieczorami. W roli ścisłości to wszyscy bohaterowie są w tym samym wieku (17l.), poza Louisem, który raz nie zdał, więc jest w tej samej klasie. Dzień opisywany w tym rozdziale to sobota :D

Twiter : @eatcarrotsordie

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz